Big Short a fundusze hedgingowe

Witajcie po kilku tygodniach przerwy. Ręce mam pełne roboty i nie ma zbytnio czasu, aby skoncentrować się na pisaniu artykułów, postanowiłem mimo wszystko wygospodarować trochę minut na artykuł o graniu „pod prąd”, która może być ciekawą opcją dla osób myślących i przewidujących.

hedge-fund

Fundusze hedgingowe (dalej FH) wywodzą się z potrzeby zabezpieczania się przed ryzykami zmienności. Zmienność na rynkach jest dobra, pod warunkiem, że działa na naszą korzyść. Niestety duża zmienność powoduje w zasadzie nie tylko dużą możliwość straty, ale także wprowadza niepotrzebny stres. FH poszły jednak inną drogą, kiedy zauważyły, że samo ryzyko jest sexy. Kiedy rozpoczęły stosowanie zaawansowanych metod inżynierii finansowej, mogły generować zyski w oderwaniu od jakiejkolwiek pierwotnej działalności, skupiając się jedynie na handlu ryzykiem.

Dzisiaj chciałem Wam przedstawić sposób na zarabianie na słabych firmach, które w oczach inwestorów jeszcze słabe nie są – a więc handel ryzykiem bankructwa. Jest to sposób, którego nie polecam osobom początkującym, należy do warstwy 4 i 5 portfela inwestycyjnego (zależy na czym będziemy chcieli zarabiać i jakimi metodami). Może stanowić jedynie dodatek, na którym można sporo zyskać, ale najczęściej przy nieograniczonym ryzyku strat (ograniczonym tylko co do naszej chłodnej logiki). Omówimy sobie krótką sprzedaż akcji.

Dla tych, którzy nie wiedzą co to jest krótka sprzedaż, zdanie teorii: krótka sprzedaż jest metodą inwestowania, polegającą na zarabianiu w momencie, gdy akcje tracą – w uproszczeniu inwestor pożycza papiery od domu maklerskiego po cenie 100zł, płacąc od tego prowizję przykładowo 1% i od razu sprzedaje je na rynku po owe 100zł. Następnie czeka, aż cena akcji spadnie, np. do 65zł, odkupuje z rynku i oddaje akcje dla domu maklerskiego. Rezultat operacji jest taki, że płacąc 1zł prowizji, zyskał 34zł czystej gotówki. Najczęściej transakcje shortujące oparte są na dźwigni finansowej, przez co nie potrzebna jest pełna kwota akcji (przy 100zł za akcję możliwy depozyt wynosiłby 40zł – tyle złotych trzeba by było zastawić w domu maklerskim, aby móc transakcję przeprowadzić). Przy 40zł depozytu, 34zł zysku oznacza 85% zwrotu z inwestycji. Oczywiście nic nie jest aż takie proste. Jeżeli akcje podrożałyby do 135zł, strata wyniosłaby 36zł, czyli z 40zł zostałoby jedynie 10% (strata -90%).

Teraz urealnijmy. Polskie akcje są akcjami wysokiego ryzyka, ze względu na niską płynność – może na blue chipach da się zrobić dobry short, ale biorąc pod uwagę słabość inwestorów – niewielkie pieniądze potrzebne do znacznych wahań cen – lepszym rynkiem jest np. rynek amerykański. Należy poszukać na parkiecie firmy, która jest znana i rozważyć, czy ma ona siłę rosnąć w górę – z racji tego, że inwestorzy kupują przyszłość, najlepiej jest szukać firm, które swoje piękne chwile mają już za sobą. Przykładem takiego serwisu może być Groupon. Wszyscy byli napaleni genialnym pomysłem zakupów grupowych, nikt nie pomyślał jednak, że wcale jakichś super promocji takim systemem się nie osiągnie – trudno przecież firmom sprzedawać coś tak tanio, że się nie da na tym zarobić. Biznes przeistoczył się w zwykłe promowanie produktów i usług. Wejdźcie na polskiego groupona, szału nie ma. Poza tym jego łatwa kopiowalność szybko rozwodniła potencjał serwisu – nie miał on możliwości i cech monopolistycznych. Efekt jest taki, że z około $27 za akcję w 2012 roku, zostało niecałe $3 w dniu kiedy ten artykuł piszę.

Kolejnym mistrzem serwisów jest LinkedIn, który swój krach przeżył niecałe 2 tygodnie temu. Raz na 2 miesiące wchodzę na linkedina i do dzisiaj nie wiem, po cen serwis funkcjonuje. Sieć kontaktów zawodowych. Cóż, powiem Wam że nie udało mi się nawiązać dobrej, długotrwałej biznesowej relacji z nikim poznanym przez Internet (abstrahując od LinkedIna, mówię ogólnie, bo przez LinkedIna zwykle dodaję znajomych poznanych w rzeczywistości). Zwykle trafiam na cwaniaczków, szukających możliwości „podpięcia się” pod czyjś pomysł. Nie tędy droga, dopiero po co najmniej kilku spotkaniach w rzeczywistości będziemy mogli zawiązać bardziej trwałą znajomość – a i to nie zawsze tak jest, trzeba działać na wyczucie. Serwis typu LinkedIn może być ciekawym miejscem polowań headhunterów, ale też nie zawsze. Może służyć jako wymiana informacji na dany temat. Najlepiej jednak sprawdzają się kontakty i polecenia realne.

Są to 2 przykłady serwisów, na których mógłbym grać „krótko” bez sprawdzania sprawozdań finansowych. Po prostu „nie kupuję ich wizji”. Teraz może Was trochę zaszokuję, ale serwisem, który dla mnie nie ma przyszłości jest Facebook. Mam tam profil i naszego fanpage’a. Ale co z tego? Ostatnio na moim wallu znajomi wrzucają same śmieci i bezsensowne fotki – ileż razy można oglądać kogoś, kto robi sobie zdjęcie telefonem przed lustrem? Jak czytam puls biznesu to przeważnie robię to na stronie pulsu biznesu, anie przeglądając facebookową ściankę. Czy Wy też odnosicie wrażenie, że era facebooka się powoli kończy? Generalnie koniec facebooka szacowałem już 3-4 lata temu, niestety on wciąż żyje. Gdybym wtedy, w 2012 roku założył krótką pozycję (około $42 za akcję) to dzisiaj miałbym mocno w plecy. Ale nic nie trwa wiecznie – polecam Wam obejrzeć film Big Short, opowiadający o historii kilku zarządzających funduszami inwestycyjnymi, którzy postanawiają założyć krótką pozycję na spadek wartości MBSów, papierów wartościowych oparte o pożyczki zabezpieczone hipoteką. Film ten doskonale pokazuje niuanse krótkiej sprzedaży, szczególnie wtedy, kiedy „komuś” jest mocno nie na rękę rozsądna gra, i kiedy dalej namawia się dawców kapitału na robienie zakupów, czerpiąc z tego prowizję – im dłużej „gra muzyka” tym więcej prowizji się zarobi – podczas bessy, % naliczany jest zawsze od znacznie niższych kwot. Btw. jest to jeden z powodów, dla których odradzam giełdę – inwestorzy często są zgrupowani w wielkich funduszach, bankach, w których jest tylko kilka osób „sterujących”. Czasami nie jest to insider trading, czasami jest to zwykła nagonka na coś modnego. Dlatego jeżeli ciocia mówi, że kupiła akcje facebooka to najwyższy czas, żeby sprzedawać – ponieważ jeżeli ciocia kupiła, to już niewiele osób zostało aby odkupić akcje od cioci po cenie wyższej.

Eh, taka mała dygresja :). Warto rozglądać się za czymś, co jest wokół, znane i popularne, z czego nie korzystacie i co Waszym zdaniem nie ma powodu do dalszego funkcjonowania. Nie chodzi o to, aby patrzeć pesymistycznie. Chodzi o to, aby patrzeć obiektywnie i racjonalnie. Szukać mody, która jest pewnym pikiem na wykresie, boomem, który musi wygasnąć. Takim czymś (chociaż wielu się nie zgodzi) jest też dla mnie bitcoin. Idea jest genialna, ale pod warunkiem, że rządy zgodzą się na tą walutę jako legalny środek płatniczy. Dopóki będzie to tylko bitcoin, pełno będzie kolejnych n-coinów, które są tak naprawdę bez wartości.

Samo znalezienie okazji na shorty to nie wszystko, trzeba przemyśleć, do jakiego poziomu cena może spaść i czy nas taki spadek zadowala. Nie można przecież powiedzieć, że facebook zbankrutuje. Po prostu stanie się niemodny, zmniejszą mu się zyski, etc. Może jednak przerodzić się w spółkę inwestycyjną, zarabiającą na swoich małych startupach.

Ciekaw jestem Waszego zdania na temat krótkich sprzedaży. Może macie ciekawe pomysły, w które warto byłoby „wejść”?

Pozdrawiam!

 

2 myśli nt. „Big Short a fundusze hedgingowe

  1. Również uważam, że pomysły typu facebook, linkedIN, Groupon nie mają racji bytu w dłuższym horyzoncie czasowym. Są to chwilowe mody, które przychodzą i odchodzą – zanim powstał facebook było pełno serwisów, które aspirowały do jego miana: Myspace, a w Polsce fotka.pl, nasza-klasa etc. Ci, którzy byli twórcami naszej – klasy, a potem ją sprzedali na chwilę przed wejściem facebooka pewnie do dzisiaj się śmieją, gdy obecny właściciel tego reliktu pluje sobie w brodę..chyba, że sprzedał serwis innemu łosiowi :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *