Obligacje – alternatywa dla lokaty czy pułapka rekinów na płotki

Witajcie. Pomysł na ten temat podsunął mi jeden z czytelników. Co prawda temat obligacji parę razy poruszałem, ale nie było oddzielnego wpisu- chyba, że go nie odnalazłem. Ponieważ obligacje to też giełda, więc najpewniej wiecie jakie będę miał do tematu podejście. Niekoniecznie musicie zgadzać się ze mną, ale uważam, że mały inwestor raczej powinien koncentrować się na interesach nad którymi ma pełną (lub prawie pewną) kontrolę. Wszystko zależy od Waszego postrzegania sytuacji. Obligacje mogą stanowić ciekawe miejsce trzymania środków, pod warunkiem, że robi się to z głową. Zapraszam do czytania.

libertyloanbond

Najpewniej nie raz widzieliście reklamy Skarbu Państwa z propozycją ulokowania środków właśnie w nich – w obligacjach. Mówiąc krótko, obligacja jest formą pożyczki, jest papierem wartościowym. Dlaczego emitent obligacji (czyli instytucja, firma, która proponuje obligacje) nie bierze pożyczki? Z dwóch powodów – po pierwsze często jest tak, że nie ma pożyczkobiorcy, który chciałby pożyczyć danemu podmiotowi odpowiednią, wysoką nieraz, kwotę. Przykładowo, firma szukająca 5 mln zł musi mieć odpowiednią zdolność kredytową. Bank może odmówić. Firma więc może zaproponować emisję 1000 obligacji o wartości 5000zł każda i sprzedać je za taką kwotę 1000 inwestorom, którzy niekoniecznie będą patrzyć na zdolność. Jest to więc element rozłożenia ryzyka dla potencjalnego inwestora. Po drugie, obligacja ma najczęściej inny sposób liczenia cashflow – tj. najczęściej kapitał, nominał obligacji (5000zł, jw) spłaca się dopiero w dniu wykupu takiej obligacji, który najczęściej jest znany w momencie nabywania obligacji (np. obligacje wieczyste nie mają takiego terminu). Podczas gdy pożyczka bardzo obciążałaby miesięczne przepływy pieniężne, z obligacji odsetki wypłacane są najczęściej rzadziej – raz na kwartał, pół roku, rok, a czasem też w ogóle (tzw. obligacje zerokuponowe).

To, na jaki rodzaj obligacji zdecyduje się emitent zależy od jego oszacowania kosztów, wpływów i wydatków inwestycji.

Prosty przykład. Emitent rozważa budowę osiedla mieszkaniowego. Ma 5 mln wkładu własnego i działkę. Na realizację przewiduje zapotrzebowanie na dodatkową gotówkę w wysokości 25 mln zł. Czas budowy to 3 lata od momentu startu inwestycji (MSI), a sprzedaż rozpocznie się za 2 lata od MSI. Idąc do banku, bank proponuje 25 mln zł jako kredyt na 5 lat (włącznie z 2-letnim przewidywanym czasem sprzedaży po zakończeniu budowy). Odsetki 6%. Miesięczna rata kap-ods. wynosi 483 000zł.

Przez 3 lata na spłatę bieżącą zniknie więc 483 000 x 36mc złotych. Kupa kasy. Inwestor musiałby odpowiednio zabezpieczyć środki na spłatę, bo wychodzi, że będzie miał niedobór gotówki. Musiałby więc pożyczyć jeszcze więcej, aby mieć na pokrycie bieżących wydatków. Banki często oferują spłatę samych odsetek (tzw. karencja  w spłacie kapitału) co dla powyższego przykładu oznaczałoby miesięczny wydatek na poziomie 125 000zł. Mniej, ale to także coś.

Co może zrobić emitent? Oprócz samych pomysłów realizacyjnych (np. mniejsze kredytowanie i podział inwestycji na etapy, etc.) może zamiast kredytu wyemitować obligacje, tzw. zerokuponowe, z terminem wykupu 5 lat od MSI, z możliwością wcześniejszego wykupu.

Załóżmy, że chce podzielić te 25 000 000zł na 100 000 obligacji każda po 250zł za sztukę. 250zł jest już wartością zdyskontowaną, tj. po takiej cenie będzie robiona sprzedaż. Porównywalnie niech oprocentowanie wyniesie 6%. Oznacza to, że przez 5 lat od kupienia obligacji, inwestor chce zarobić 6% z każdego roku inwestycji, włącznie z oprocentowaniem samych odsetek (procent składany). Tym samym po 5 latach inwestor ma zarobić 33,82% początkowego wkładu. Powiększmy więc 250zł o 33,82%. Mamy 334,55zł – to jest nasza cena nominalna obligacji. Co proponuje inwestor?

Drodzy inwestorzy! Mam na sprzedaż 100 000 obligacji, każda o wartości 334,55zł w terminie wykupu. Sprzedam je Wam za 250zł. 334,55zł otrzymacie po 5 latach od zakupu. Oznacza to, że co roku zarabiać będziemy po 6%. Inwestor nie będzie musiał kompletnie przejmować się miesięcznymi płatnościami na rzecz obligatariuszy, bo ich (odsetek) po prostu nie ma. Coś, co jest warte dzisiaj 250zł, za 5 lat będzie warte 334,55zł, a emitent musi to odkupić.

Jest to bardzo wygodna metoda finansowania inwestycji, dotyczy jednak dużych inwestorów, mogących legalnie taką emisję przeprowadzić.

Emitent mógłby zaproponować także inny wariant. Sprzedać obligacje po 250zł sztuka, z wykupem również za 250zł sztuka, z tym, że co roku, dla każdej jednej obligacji wypłacałby po 6% jej wartości. Tym samym po 1 roku inwestor otrzymałby 15zł za obligację, i tak samo 2,3,4 roku, a piątego dostałby 250zł i 15zł za ostatni rok (265zł). Decyzję o rodzaju obligacji i sposobie jej rozliczania podejmuje sam emitent, rozważając co może być atrakcyjne dla inwestorów, jednocześnie pilnując swojej gotówki.

Mam nadzieję, że już wiecie jak to działa. Teraz ryzyko, czyli coś, o czym mówi się mało.

Obligacje mogą być zabezpieczone lub nie. Gdyby obligacje z naszego przykładu zabezpieczone nie były, gdyby doszło do upadłości emitenta, ciężko byłoby cokolwiek odzyskać. Dlatego też najpewniej w takim przypadku nikt nie pokusiłby się 6% z obligacji, ale więcej – np. 10% rocznie. Gdyby jednak deweloper zabezpieczył obligacje np. na samej inwestycji, inwestorzy mogliby (teoretycznie) spać spokojnie. Dlaczego teoretycznie? Nigdy nie wiadomo, co inwestor zrobi z pieniędzmi. Mogą być zdefraudowane, mogą nastąpić niespodziewane wydatki itp. Może okazać, się, że 25 000 000zł w obligacjach ma pokrycie w majątku np. w 50% (np. ziemia i początek budowy). Robi się problem.

Pamiętajcie, że procent jaki jest oferowany od obligacji teoretycznie odzwierciedla jej faktyczne ryzyko. Oferowane przez Skarb Państwa obligacje są obligacjami teoretycznie (!) bezpiecznymi. Są oprocentowane bardzo nisko (1-1,5% rocznie) – mamy tutaj tzw. stopę wolną od ryzyka o czym nieraz mówiłem. Często przyjmuje się, że obligacje SP właśnie pokazują, jakie ryzyko jest minimalne (praktycznie nie istniejące). Zdajmy sobie sprawę, że tzw. obligacje korporacyjne, oferowane przez firmy prywatne, są znacznie wyżej oprocentowane. Proponowany procent odzwierciedla ryzyko inwestycji. Przykładowo PKN Orlen będzie niżej oprocentowany niż prywatny deweloper – jasne jest, że koncern jest znacznie bardziej „pewny” – ciężko sobie wyobrazić, aby Orlen zbankrutował(„za duży by upaść?”).

Sytuacja pod kątem ryzyka może się zmieniać w czasie. Załóżmy, że kupiliśmy obligacje naszego dewelopera po 250zł za sztukę, w opcji 6% co roku. Załóżmy, że obligacje te są notowane na rynku obligacji, jakim jest Catalyst (co to takiego proszę sprawdzić w googlach). Możemy więc handlować naszymi obligacjami tak jak akcjami. Także w momencie startowym cena naszej obligacji wynosi 250zł. Część osób pewnie zastanawia się, jak to możliwe, żeby cena zaczęła się wahać, skoro z góry wiemy, że deweloper będzie nam płacić 15 zł rocznie, a na koniec dostaniemy 250zł? Wszystkiemu winne jest ryzyko. Załóżmy, że na pierwszej stronie gazety widzimy wielki artykuł „Ceny materiałów budowlanych szybują w górę. Deweloperzy muszą spodziewać się wyższych kosztów”. Oznacza to, że zwiększa się ryzyko tej inwestycji. Czy podniesienie ceny z m2 spowoduje, że znajdzie on nabywców? Czy nie podnoszenie ceny pozwoli na zarobek dla dewelopera? Stwierdzamy, że ryzyko inwestycji wzrosło do 9% rocznie. Zmienia się więc cena!

Teraz nasze 15zł, zamiast 6% od wartości, musi wynosić 9% od wartości. Jak to można zmienić? Tylko spadkiem ceny obligacji.

Gdyby obligacja miałaby być wykupiona po roku (a nie po 5 latach jak u nas) kupiona za 250zł, na koniec zostanie sprzedana za 265zł. Teraz, po wzroście ryzyka, nie może być kupiona za więcej jak 243,12zł! Kupno za wyższą cenę nie da 9% rocznie – bo 9% od 243,12zł da 21,88zł, co razem daje 265zł.

Dla laika ciężej jest liczyć co się stanie z kilkuletnią obligacją. Zainteresowanych szczegółowymi obliczeniami odsyłam do literatury, podam tylko, ile kosztowałaby ta obligacja, gdyby ryzyko wzrosło po 1 roku, od razu po wypłacie 15zł.

X – to cena naszej obligacji teraz.

X = 15zł/(1,09) + 15zł/(1,09×1,09) + 15zł/(1,09×1,09×1,09) + 265zł(1,09×1,09×1,09×1,09).

Także dyskontowanie:

X = 13,76 + 12,63 + 11,58 + 187,73 = 225,70zł

Cena obligacji z 250zł spadnie do 225,70zł, jeżeli koszt kapitału wzrośnie z 6% do 9%. Czy to cokolwiek zmieni u emitenta? Szczerze powiedziawszy to nie, bo i tak będzie musiał płacić 15zł rocznie.

Emitent, gdyby jego kondycja była dobra, mógłby skorzystać z okazji i dokonać wcześniejszego wykupu – przez co nie musiałby odkupować obligacji drożej, bo cena rynkowa jest niższa od nominalnej! Czyli mechanizm znany nam już z emisji akcji i ewentualnego i skupu z powrotem.

Kolejną rzeczą nawiązującą do powyższej zmiany kosztu rynkowego z 6 do 9% jest to, że nie każdemu ten koszt może się tak zmienić. Jeżeli będą tacy, dla których wycena ryzyka plasuje się na poziomie 8% (a nie 9%), to z miłą chęcią kupią oni tanią obligację wycenianą przez rynek na wyższe dyskonto. Jeżeli natomiast znajdą się tacy, którzy ryzyko szacują na 10% rocznie, nie dokonają zakupu – natomiast jeżeli sami są już posiadaczami takich obligacji, może to być dla nich sygnałem sprzedaży.

Z powyższej rzeczy wynika coś ciekawego – im bardziej dochodowe (wyżej oprocentowane) robią się obligacje, tym są tańsze :-). 250zł i 6% rocznie, a 225, 70zł i 9% rocznie. Jest to logiczne, ale na pierwszy rzut oka dziwne. Prawidłowo chyba powinienem powiedzieć im są tańsze, tym bardziej dochodowe – co jest chyba bardziej klarowne :).

Dlatego też, jak na rynkach wzrasta ryzyko, obligacje tanieją. Jeżeli obligacje idą w górę, ich rentowność się zmniejsza.

No i sedno: jak dobierać obligacje, żeby się nie sparzyć?

Przede wszystkim, jako zwykły Kowalski, nie porywać się na wysoko oprocentowane obligacje firm, których nie znamy i nie rozumiemy. Bezpieczne obligacje (tj. dla przeciętnego Kowalskieg) moim zdaniem to takie, których firmy są duże, znane i najlepiej z udziałem Skarbu Państwa – Orlen, Lotos, PGE, Enea, itp. No i obligacje Skarbu Państwa, ale tutaj różnica między lokatą a obligacją jest minimalna. Zwracajcie też uwagę na ogólną kondycję w branży – np. teraz na pewno obligacje (jeżeli są) kopalń węgla mogą być tanie przez co bardzo zyskowne – ale niekoniecznie zostaną wykupione (spójrzcie na JSW i problem  ING Banku, który je kupił).

Także bez ryzyka można traktować papiery SP. Wszystko, co jest oferowane drożej jest obarczone ryzykiem dodanym. Nie ma pewnych inwestycji – nawet Skarb Państwa może przecież zbankrutować (porównaj GRECJA!!). Także wybierajmy inwestycje z rozwagą, a nie takie, które są najdroższe. Jeżeli emitent chce pozyskać pieniądze i oferuje duże odsetki, to albo coś jest nie tak, albo przedsięwzięcie które będzie realizował jest ryzykowne. Patrzcie na zabezpieczenia – jeżeli jest napisane „nieruchomość”, sprawdźcie co to za nieruchomość. Jeden rzeczoznawca wyceni budynek na 10 mln zł, dla drugiego wartość nieruchomości wyniesie 5mln zł – jeżeli emisja obligacji z takim zabezpieczeniem ma pozyskać 8mln zł, dla jednego może to być gratka, dla drugiego niedopuszczalna inwestycja. Jeżeli zabezpieczeniem są jakieś akcje, sprawdźcie co to za akcje: Google, Amazon, PKN Orlen, czy może Jan Nowak S.A. o zerowym ratingu?

Niezabezpieczone obligacje nieznanych firm oferują najwięcej – jest ryzyko jest zabawa. Ja jednak w takie interesy nie wchodziłbym i osobiście Wam także odradzam.

Mam nadzieję, że trochę się wyjaśniło i poradzicie sobie z szacowaniem ryzyka i potencjalnych zysków z obligacji, które wydadzą Wam się interesujące.

Pozdrawiam!

3 myśli nt. „Obligacje – alternatywa dla lokaty czy pułapka rekinów na płotki

  1. Witaj,
    dzięki za odpowiedź na mój komentarz. Kolejny temat do którego muszę podejśc z dużą rezerwą i ostrożnością – co sugeruje 5% (bez uwzględnienia wpływu czasu)

    Trochę ostatnio czuje się zdemotywowany. Rozważam różne opcje- staram się podchodzić w miarę moich możliwości z rozwagą. Badam rynek, czytam przepisy, liczę koszty i zwroty.

    Wszystko kształtuje się w okolicach „szkoda prądu” ryzyko mieszano spore, zwroty deprymująco marne.

    Jako nie inwestor, a ktoś kto szuka pierwszych inwestycji na pewno mam słabą pozycję startową ze względu na brak doświadczenia kontaktów i ograniczone środki.

    Niemniej 20-30% rocznie brzmi dla mnie jak podróż w Kosmos.

    10%- wydaje się być górną granicą.

    Przepisy, podatki, opłaty, czynsze, papierologia, pozwolenia, bądź ich braki, prędkość pracy urzędów, ilość przepisów – nieogarnialna, różne interpretacje tego samego przepisu. Opór materii który trzeba pokonac jest przeogromny. Nie mówiąc o tym, że trzeba znaleźć, bądź mieć dostęp do okazji, umieć to wynegocjować i spiąć.

    Nic dziwnego, że większośc ludzi to Kowalscy- nie dośc, że trzeba mieć jakąkolwiek kase na start to jeszcze bardzo ciężko się wyrwać z tego schematu (życia Kowalskiego)- jakby jakaś siła chciła nas tu utrzymać (w co akurat wierzę:) – spiskowa teoria dziejów:P)

    Emil

  2. Witaj,
    dzięki za odpowiedź na mój komentarz. Kolejny temat do którego muszę podejśc z dużą rezerwą i ostrożnością – co sugeruje 5% (bez uwzględnienia wpływu czasu)

    Trochę ostatnio czuje się zdemotywowany. Rozważam różne opcje- staram się podchodzić w miarę moich możliwości z rozwagą. Badam rynek, czytam przepisy, liczę koszty i zwroty.

    Wszystko kształtuje się w okolicach „szkoda prądu” ryzyko mieszano spore, zwroty deprymująco marne.

    Jako nie inwestor, a ktoś kto szuka pierwszych inwestycji na pewno mam słabą pozycję startową ze względu na brak doświadczenia kontaktów i ograniczone środki.

    Niemniej 20-30% rocznie brzmi dla mnie jak podróż w Kosmos.

    10%- wydaje się być górną granicą.

    Przepisy, podatki, opłaty, czynsze, papierologia, pozwolenia, bądź ich braki, prędkość pracy urzędów, ilość przepisów – nieogarnialna, różne interpretacje tego samego przepisu. Opór materii który trzeba pokonac jest przeogromny. Nie mówiąc o tym, że trzeba znaleźć, bądź mieć dostęp do okazji, umieć to wynegocjować i spiąć.

    Nic dziwnego, że większośc ludzi to Kowalscy- nie dośc, że trzeba mieć jakąkolwiek kase na start to jeszcze bardzo ciężko się wyrwać z tego schematu (życia Kowalskiego)- jakby jakaś siła chciła nas tu utrzymać (w co akurat wierzę:) – spiskowa teoria dziejów:P)

    Emil

    • Emil, gdyby prostymi metodami dało się otrzymywać 20-30% to nikt by nie pracował :-). Sztuką jest wyszukiwać okazje. Nie wiem jakimi kapitałami dysponujesz, ale mam pewne oferty których sam realizować nie będę (ze względu na strukturę moich inwestycji) a które mógłbym oddać za prowizję(sam mam je od moich pośredników). Nie ma czegoś takiego jak zysk bez ryzyka. Trzeba nauczyć się je identyfikować, mierzyć i wykorzystywać na swoją korzyść. A te inwestycje, w których ryzyka się nie da wykorzystać lub się danego rodzaju ryzyka nie lubi, należy unikać. Znalezienie inwestycji, która będzie zarabiać kilkanaście-kilkadziesiąt procent rocznie ciągle (czyli nie jako jednorazowa transakcja kupił tanio, sprzedał drożej) może zająć nawet kilkanaście miesięcy, a dla niektórych nawet kilkadziesiąt mcy. I mówiąc o inwestycji wysokorentownej trzeba mieć zawsze w myśli ryzyko. Inwestycję, gdzie ktoś proponuje 30-40% zwrotu nietrudno znaleźć, ale ryzyko jest najpewniej ogromne. Sztuką jest znalezienie takiej inwestycji, która da taki procent, a będzie bezpieczna „prawie jak” lokata w banku.

Odpowiedz na „EmilAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *