Sales, fool!

Każdy chce budować biznes, jakby to było takie proste to po pierwsze biznesmeni nie zarabialiby 100-krotności średnich krajowych miesięcznie, po drugie każdy zajmowałby się własnym biznesem i w końcu nikt na nikogo nie mógłby pracować. Wysunę odważną tezę, że kapitalizm to system niewolniczy, tak skonstruowany, żeby jak najmniej jednostek miało szansę na wybicie się na drugą stronę barykady. Tak jak w czasach rzymskich cudem było, kiedy pan uwalniał niewolnika, tak teraz cudem jest, kiedy mały przedsiębiorca stanie się dużym przedsiębiorcą.

Jest mnóstwo kłód, grup interesu, które nie pozwolą wejść na rynek nowemu przedsiębiorcy. Dlatego w biznesie tak ważne są kontakty, żeby za ich pomocą móc wspinać się na kolejne szczeble biznesowej drabiny. W pewnym momencie trzeba dużego wsparcia, żeby iść w górę. Zobaczcie, obecne popularne branże zostały zajęte przez „graczy” z lat 90., teraz każdy młody przedsiębiorca widzi rozwój nie w czymś, co już jest, ale w innowacji, w czymś, czego nie ma. Szuka się nisz, próbuje się je gospodarować i liczy na to, że pewnego pięknego dnia będzie się miało własny jacht.

No cóż. Każdy pomysł jest dobry, pod jednym warunkiem – że znajdzie się klient, który nasz produkt/usługę kupi. Zależnie od tego, czy działamy w branżach B2B, czy B2C, różne są warianty pozyskiwania odbiorców. Źle dobrany kanał sprzedaży, mimo, że naprawdę posiadamy wyśmienity pomysł, zniszczy nasz biznes. Ostatnio byłem na konferencji, na której przedstawiany był pomysł sprzedaży pewnego produktu przez internet. Innowacją było to o tyle, że produkt ten sprzedawany do tej pory był tylko i wyłącznie w bezpośrednim kontakcie z klientem. Dlaczego? A dlatego, że klient tego produktu bez namowy nie kupi. Produkt ten jest bardzo potrzebny każdemu z nas, ponieważ ludzka natura myśli jak przetrwać, a nie skupia się na tym, co będzie w przyszłości. Produkt ma zadbać o przyszłość i wymaga, aby był dokładnie przedstawiony klientowi. Nie kwestionuję potrzeby (bo ona na pewno jest), jedynie kanał sprzedaży produktu – nie sądzę, żeby na ten model dystrybucji pokusiła się duża liczba osób. Produkt opiera się na pieniądzach, a jak wiadomo po aferach ambergoldowskich ludzie nie wierzą łatwo w cokolwiek, co wymaga od nich wpłat środków z rezultatem w przyszłości.

Zanim zaczniecie angażować ogromne środki w biznes, zastanówcie się, czy produkt będzie od Was kupiony. Zróbcie anonimowe ankiety, wysłuchajcie różnych ludzi (i tych z grupy docelowej, i tych z poza). Słuchajcie uważnie, nie mówcie, że to Wasz pomysł – często rozmówca będzie naginał rzeczywistość albo w jedną (na plus), albo w drugą stronę (na minus) jeżeli dowie się, że pomysłodawca do my.

Swoje zdanie traktujcie na drugim miejscu, bo zwykle wizja przyślepia rzeczywistość. Myślcie też nad kanałem dystrybucji. Biznes bez odbiorcy nie ma sensu. Biznes bez kontaktów też. Pozdrawiam.

2 myśli nt. „Sales, fool!

  1. z pamiętnika malego biznesmana:
    zanim ściągnąłem pierwszy kontener towaru, zrobiłem tak jak opisywałeś ankiety/listy intencyjne/deklaracje zakupu u potencjalnych klientów. niestety rzeczywistość okazała się okrutna i z całej masy klientów, którzy zadeklarowali zakup ok. 10% kupiło towar finalnie. a mi pozostała sprzedaż/akwizycja jeżdżąc po całłym kraju.

    Z perspektywy czasu miło się uśmiecham jak słyszę listy intencyjne/ankiety zakupowe. Brak pieniędzy to brak zamówienia. Innej drogi nie ma. Z resztą artykułu się zgadzam.

    • Maćku, zgadza się, nikt nie powinien liczyć na zamówienie przez zrobienie zwykłej ankiety. Ankieta ma służyć do badania rynku, sprzedaż towaru to inna rzecz. Tylko pewna umowa lub przedpłata może być gwarantem jako takim zbytu towaru. Listy intencyjny nie jest wiążącą umową, a jedynie pewną deklaracją zamiaru z której można się wycofać (chyba, że zapisy listu na to nie pozwalają), nie można go mylić z umową-zamówieniem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *