Wycena serwisów internetowych – E-biznes moim okiem.

Po bańce internetowej z przełomu tysiącleci klimat internetowego biznesu nieco przygasł. Inwestorzy słysząc słowo „WWW” albo „Dotcom” uciekali gdzie pieprz rośnie. Branża internetowa jednak, ze względu na niskie progi wejścia w biznes, nie obumarła, podążała swoimi ścieżkami, często bez wieloset milionowego kapitału, aż do czasów dzisiejszych, gdzie wyrosły nam takie biznesy jak Facebook, Twitter i YT, niszcząc całkowicie rywali. Co ciekawe, inwestorzy znowu zaczęli cisnąć się na serwisy. Jak zrobić dobry biznes w internecie? Czytaj w tym artykule(jak zwykle wyszedł za długi 😉 ).

e-biznes-screen

Wbrew pozorom najlepsze biznesy internetowe wychodziły bez dużych nakładów, były zwykłymi garażowymi produkcjami, które zaczęły nagle zyskiwać na wartości po „wejściu” większego kapitału z zewnątrz. W ogóle porównując polski rynek internetowy a rynek zachodni, szczególnie usa, to mamy tak ogromną przepaść, że głowa mała. Nasze biznesy czyszczą buty biznesom z zachodu. Zwykle to tam, za Berlinem, powstają tzw. startupy, czyli nowe pomysły i idee ebiznesowe i jak ładnie się wypromują są wdrażane do nas. Czasami jesteśmy na tyle szybcy, że budujemy dobry serwis (jak słynna NK) pozyskując rzesze użytkowników, a z biegiem czasu przyjdzie do nas z buciorami taki facebook i już wszyscy siedzą na twarzoksiążce. Sławy takie jak fotka, grono, nk – po prostu zniknęły. Ciekawą obserwacją jest to, że nie jest istotne, ile faktycznie zarabia portal internetowy – wyznacznikiem jest liczba użytkowników. Jeżeli nasz serwis przegląda 1 mln osób, nawet, jak nic nie kupują, to de facto nasz biznes jest wart ogromne pieniądze.

Wniosek można wysnuć jeden – zamiast sprzedawać „usługę” na którą ostatnio był boom dotacyjny, wystarczy zrobić debilny serwis, w którym ludzie będą dzielić się zdjęciami piersi swoich kobiet, bez żadnych opłat, i jak nazbiera nam się rzesza facetów liczona setkach tysięcy, mamy istny sukces. Oczywiście przy dotacjach UE taki projekt by nie przeszedł.

Biorąc pod uwagę „loterię” nazbierania odpowiedniej ilości użytkowników powinniśmy nastawiać się do transakcji jak do kuponu totolotka – za małą kwotę powinniśmy nabyć wartość, która może znacząco zaprocentować nam w przyszłości. Oczywiście możemy za małe kwoty nabyć większą liczbę kuponów, przez co wzrastają nam szanse na sukces. Głupotą jednak jest ładować kupę kasy w „mnożnik” kuponu mając cały czas taką samą szansę na zwycięstwo (i tak sowite). Nie wiem jak to specjalistycznie nazywa się w loterii, bo gram bardzo bardzo rzadko, ale jest coś takiego w np. multilotku, gdzie kupon kupujemy powiedzmy za 2zł i mamy ileś kombinacji kwot wygranych, to zakupując ten sam kupon za 20zł (mnożnik x10) zarobimy 10x więcej. Ale co z tego, jeżeli przy tym samym ryzyku inwestujemy znacznie więcej? Jeżeli lokując 10 000 zł w serwis www mamy możliwość zarobienia powiedzmy 10 000 000 złotych, czy jest sens pakować w niego 100 000 i licząc na zarobek 100 000 000 ? Wydaje mi się, że nie. Zrobicie jak będziecie uważać ;-).

Ktoś powie – dobrze, ale jak zrobić serwis i odpowiednią promocję za 10 000 zł? Przecież tyle to na waciki idzie. Odpowiedź jest prosta – znajdźmy wspólnika. Teraz pomysły leżą u osób  w wieku 17-21 lat, o ile mają rozum, bo czasami ciężko w pokoleniu Y takich elementów anatomii szukać (bez ujmy dla rozumnych). Naprawdę możemy znaleźć osoby mega ambitne, z dużą dozą pomysłów, nie mające jednak siły finansowej. Warto nawiązać współpracę przy kilku interesujących projektach, zdywersyfikować je o ludzi, którzy nimi będą zarządzać. Zrobić konstruktywne umowy oraz wyznaczniki typu – pensja będzie wypłacana, jeżeli zgromadzimy 3000 użytkowników. Albo opcje na udziały będą możliwe do zrealizowania po przekroczeniu progu 10 000 unikalnych użytkowników. Na początku należy posiłkować się tylko i wyłącznie maksymalną redukcją kosztów, skupiać się na marketingu szeptanym, korzystać z darmowych narzędzi (FB, Twitter) reklamy. Jeżeli pomysł jest chwytliwy, każdy zarobi na tym kupę kasy. Czerwona lampka powinna się zapalić jak usłyszymy następujące propozycje od pomysłodawcy: „inwestorze, daj nam 100 000 zł, bo tyle chcemy włożyć w reklamę”. „Inwestorze, daj nam 100 000 zł, bo chcemy kupić 5 serwerów, bo 1 to za mało dla przyszłego ruchu”. Powiesz nie, a w dalszym etapie negocjacji wyjdzie tekst „Ok, chcielibyśmy dostawać jeszcze wynagrodzenie takie a takie.” Odpada! – na wynagrodzenie trzeba zapracować – najlepszym przykładem jest sam Zuckerberg – zarabia on 1$ miesięcznie (artykuł). W biznesie internetowym, kierowanym przez świeżego menedżera, powinniśmy bazować głównie na zapłacie premiowej. Powinniśmy dać mu możliwość zostania wiceprezesem firmy, zwiększyć jego morale i wiarę w siebie. No i służyć biznesową, kapitalistyczną pomocą. Młode Ygreki chcą władzy, chcą być na stanowiskach ważnych, a nie pomocniczych. Dużo lepiej dla nich zarabiać jest 300zł/mc jednocześnie studiując (umowa zarządu na powołanie to brak składek ZUS! – nie trzeba rezygnować ze stypendiów, itd.) będąc w ZARZĄDZIE, zamiast 2000zł na kasie w Biedronce. Oczywiście chodzi nam o tych Ygreków, którzy są gotowi do poświęcenia za przyszłe zyski.

 

Ok. Mamy siłę napędową w postaci młodego zarządzającego. Mamy serwis – bez problemu wyrobimy się w 10 000 zł – biorąc do pracy zdolnych studentów, płacąc im w wynagrodzeniu i udziałach. To jest fajne i naprawdę potrafi zaangażować ludzi do pracy. Ludzie leniwi na takie rozwiązania nie pójdą – i należy ich się mocno wystrzegać, bo zniszczą  każdy biznes. Z reguły prawdziwi kapitaliści z pieniędzmi zarobionymi przez wcześniejsze pokolenia są leniwi – mają bowiem kapitał, którym zarządzają private bankierzy ze Szwajcarii. Ale gość, który kieruje biznesem, przedsiębiorca, którego kupujemy za pakiet akcji i propozycje dużych premii, nie może być leniwy. Jak zarobi dla nas miliony, wtedy, będziemy mogli mówić o pływaniu jachtem na Karaibach.

Jakie podejście do wyceny e-biznesu – portalu społecznościowego, modowego, itp. zastosować? Podejście porównawcze? Można próbować dobrać pewne wagi do różnych parametrów, ale nie będą one skuteczne – e-biznes musi być innowacją, czymś, czego nie ma, więc porównywać można co najwyżej z sąsiednimi (z innych państw) podobnej wielkości serwisami, z naszym już nie bardzo.

Podejście dochodowe – ale jak mówiliśmy, wiele serwisów jest sprzedawanych bez żadnych dochodów, tylko z ludźmi.

Podejście wyceny aktywów – to jest właśnie to nasze rozwiązanie. Uważam, że wycena powinna obejmować wartość aktywów (strona, serwer – to jest mało istotne) – wycena powinna obejmować naszego Si – i – oł, CEO. To on trzęsie biznesem w naszej spółce i on pozyskuje użytkowników. Następną pozycją w bilansie (ale później najważniejszą!)są użytkownicy serwisu. To oni stanowią największą wartość i jeżeli będą w odpowiedniej liczbie, będą stanowić największą część naszych aktywów.

Sytuacja początkowa – aktywa dzielimy na : kapitał ludzki (nasi pracownicy i CEO) (80%) + strona www (20%). To ludzie tworzą firmy i to oni dają największą wartość. Mogą zmieniać nasz serwis dowolnie, także warto postawić na nich przede wszystkim. Wraz ze wzrostem liczby unikalnych użytkowników, zwiększa się nasza suma bilansowa. Przypuśćmy, że wyceniamy wszystko w pewnych jednostkach pieniężnych (j.p.). Kapitał ludzki stanowi 8000 j.p., serwis 2000 jp. Każdy następny user stanowi 1 jp, przy czym przy osiągnięciu pewnego progu (powiedzmy 30 000 jp) tworzy się efekt stada, gdzie marketing działa już bez nas a serwis gromadzi coraz szybciej, wykładniczo, użytkowników kolejnych – w takim założeniu wycena użytkownika musi się zwiększyć o pewien współczynnik, który w pewnej fazie ulegnie wyhamowaniu – tj. w fazie, kiedy większość użytkowników w puli do pozyskania będzie już w naszym serwisie. Fenomen facebooka polega na tym, że ma on ogromną pulę użytkowników – praktycznie cały świat, wszyscy mając dostęp do internetu. W momencie debiutu FB miał kapitalizację (giełdowa wartość) na poziomie 100 mld $. Miał też ok. 1 mld użytkowników. Wycena jednej osoby daje nam ok. 100$. Oczywiście jakby facebook miał 10 000 osób, to na pewno nie byłby wart 1 000 000 $. Zuckerberg jeszcze wtedy raczkował i budował swoje fundamenty. Ranking naszej klasy z 2009 pokazuje, że serwis wyceniano na 145 mln $ przy 25 mln kont, czyli za jednego użytkownika płacono 5,8$. W tym samym czasie FB (2009) miał użytkownika wartego 50$ (200 mln kont założonych). Na studiach miałem serwis z 30 000 użytkowników, który sprzedałem za 1 500zł (kupiłem za 900zł). Wycena użytkownika to 5 groszy! Podobny serwis tylko znacznie większy z mojej niszy miał 2 mln użytkowników i generował ok 50 000 zł dochodu miesięcznie (mój ok. 300zł). Wyceniając go na 8% stopę dyskonta daje nam to 1$ za użytkownika.

Uważam, że te liczby mają sens, kiedy mówimy o serwisach powyżej 0,5 mln użytkowników i chłonności rynku. Inaczej będzie wyceniany FB (który zgromadził 20% ludzkiej populacji), a inaczej serwis który zgromadził 90% populacji fanów motoryzacji na świecie. To jest powód dla którego nisze są złe. Niektórzy nie rozumieją w ogóle tego pojęcia. NISZĘ można zdefiniować na 2 sposoby. Pierwszą definicją jest produkt, który możemy sprzedać wąskiemu gronu osób. Drugą jest coś, czego nie ma na rynku, a my tą działkę zagospodarujemy i trafi ona do szerokiego grona osób. Patrząc od strony biznesowej, jedna i druga definicja jest poprawna i ma swoje zalety. Ale ma też wady. Jeżeli wpadniesz na pomysł sprzedawania spodni z klinem aż do kostek (obecnie do kolan, ale znalazłeś swoją „niszę”, zapotrzebowanie Mietka z grupy hipohopowej Yo Yo), trafisz tylko na rynek raperów. Jeżeli stwierdzisz, że będziesz produkował je tylko w rozmiarze S, zrobisz sobie jeszcze węższy zasięg sprzedaży. To nie ma sensu nawet gdybyś robił te spodnie ze złota. Nie zarobisz na tym. Dlatego wejście w biznes serwisu dla miłośników zwierząt ma sens tylko wtedy, kiedy zrobisz taki serwis w 100 językach i puścisz go na cały świat. Ale znalezienie wąskiej niszy nie jest też złe. Wyobraź sobie, że masz pomysł na nowoczesny sprzęt do wydobycia rud metali albo specjalistyczny sprzęt dla klinik medycznych. To jest nisza z małą ilością odbiorców, ale budując dobry model biznesowy (np. sprzedając po cenie X i oferując jedyny autoryzowany serwis tego sprzętu w stałej kwocie 20%X rocznie) robisz dobry interes.

W internecie serwisy niszowe bez dużej ilości użytkowników nie mają biznesowej racji bytu, nie przeskalujesz ich w taki sposób, żeby zarobić miliony. Bardziej przeznaczone są dla pasjonatów, niż biznesmenów. Obecnie najlepszym wydaje mi się biznesem internetowym są serwisy/aplikacje, które trafiają do właścicieli telefonów komórkowych. I to wszystkich telefonów. Zastanówmy się, co każdy właściciel telefonu komórkowego robi: płaci za taki telefon, robi zakupy (spożywcze, ubraniowe), dba o zdrowie. Robiąc aplikację, która kontroluje np. rytm serca czy poziom cholesterolu (są już takie rozwiązania), w przypadku jakiegoś problemu telefon od razu wysyła sygnał alarmowy np. do kliniki/szpitala i po delikwenta przyjeżdża karetka. Każdemu zależy na zdrowiu. Każdy będzie chciał coś takiego posiadać. Zobaczcie, że u nas nie jest to jeszcze popularne. Ale będzie, to jest kwestia czasu.

Serwis można też wyceniać przez inne sposoby, ale zawsze będą one pochodną użytkowników. Np. ruch generowany na stronie, ilość kliknięć, ilość czasu spędzonego na stronie. Setki metod. FB właśnie w tym jest genialny, że pochłania bardzo dużą ilość czasu. Ale czy na pewno zarobi na siebie? Codziennie zgłasza zapotrzebowanie na dysk twardy o pojemności 0,5 petabajta!

Szukajcie tych pozytywnych nisz internetowych, czegoś, czego nie ma, ale trafia do dużej liczby odbiorców. Idiotyczny Twitter – „napiszę, co w danym momencie myślę”. Idea prosta jak budowa cepa, każdy informatyk, nawet z gimnazjum, napisze kod źródłowy takiej strony w godzinę. Wartość serwisu ogromna. Wystarczy wpaść na pomysł, który wciągnie odpowiednią rzeszę osób. I lepiej od razu planować serwis anglojęzyczny, a ekipę do budowy zbierać z całego świata – taka idea przyświeca startupom z UK. Jeżeli działasz w PL, to lepiej zrobić kilka prostych serwisów(nie powinny być duplikatami pomysłów już istniejących na danym rynku!!) niż wykosztować się na jeden, który się nie przyjmie. Im większa grupa docelowa, tym większa szansa, że nazbieramy nasz 1 mln użytkowników.

Zaletą e-biznesowych serwisów jest to, że one nie potrzebują dużych pieniędzy. Podejście powinno być istnie hobbystyczne, zrzeszać zapaleńców-programistów. CEO niech inwestuje swój czas, inwestor pieniądze, bawcie się i cieszcie pomysłem. Nie róbcie założeń biznesowych – dbajcie przede wszystkim o content(interesującą treść), nabijajcie userów, a jak dobrniecie do kilkuset tysięcy to oferty wykupu udziałów za kolosalne pieniądze będą do Was przychodzić same.

 

Pozdrawiam.

 

 

2 myśli nt. „Wycena serwisów internetowych – E-biznes moim okiem.

  1. A co myśli Pan na temat inwestowania w serwisy internetowe na zasadach crowdfunding – przykładowy (nad którym i ja się zastanawiam) [moderacja].
    Pzdr

    • Znam temat pobieżnie. Wydaje mi się, że crowdfunding to głównie wspieranie pomysłodawców na zasadzie filantropii (z tą różnicą, że ma się profit np. w postaci egzemplarza produktu) a nie na zasadzie udziałowej czy też pożyczkowej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *