Załatwiony przez notariusza

W prawdziwym biznesie wizyty u notariusza są dość częste. Zawieranie istotnych umów gdzie w grę wchodzą duże pieniądze przy nieodpowiednim notariuszu może skończyć się albo tragicznie (zostajemy z niczym), albo tragicznie (wieloletni spór sądowy, nieoczywista wygrana-Temida jest ślepa). Mimo, że jestem za deregulacją wielu zawodów, to wyswobodzenie zawodu notariusza nie jest dobre. Dzisiaj na luzie przytoczę historię, której świadkiem byłem na początku tego miesiąca.

Transakcja dotyczyła gruntu, a ja miałem w niej uczestniczyć jako doradca. Osoba, która była sprzedającym jest dość młoda (21 lat) i z transakcją notarialną miała póki co do czynienia tylko raz (jak nabywała, także ze mną, grunt). Grunt był nabywany u zaufanego notariusza, z którym wypracowałem już sobie wspólny język i którego mogłem polecić tej młodej osobie. Natomiast sprzedaż odbywała się w Radomiu, prawie centrum naszej wspaniałej Polski, w mieście, w którym byłem tylko kilka razy i to przejazdem. Tam wypadała połowa drogi, jaką mieli do siebie kupujący i sprzedający. Nie chcę podawać tutaj prawdziwych imion, dlatego posłużę się Darkiem (sprzedający) i Robertem (kupujący). Przyjechaliśmy z Darkiem pół godziny przed czasem (spotkanie umówione na godzinę 13:00). Zanim ogarnęliśmy parking, wpadliśmy do lokalnego centrum handlowego na siku, była już prawie pierwsza. Szybkim krokiem do kancelarii dotarliśmy w sam raz na czas. Wchodzę do lokalu, który wygląda jak poczekalnia u lekarza – jedynie barwy inne – ciemny lakier na drewnie, ściany mroczne, światło żółte (a nie szpitalne kliniczne). 4 petentów (jak się okazało za chwilę do jednej transakcji) siedzi z cierpliwością szachisty i patrzą na dokumenty trzymane w rękach. Dwoje drzwi prowadzi dalej – jedne do pani notariusz, drugie do naszego, pana notariusza. Nie zwracając na petentów zbytniej uwagi pukam i wchodzę do środka, chociaż słyszę pewne oznaki wzburzenia. Gabinet jak to gabinet – ciężkie biurko, regały z kodeksami, ustawami, no i fotel z notariuszem – siedzącym nie przy biurku, ale przy stojącym z boku biureczku, na którym ledwie mieści się laptop. Na ciężkim biurku znajduje się jedynie drugi monitor, podpięty do laptopa notariusza i wyświetlający zduplikowany obraz z edytora tekstowego, żeby petenci mogli na bieżąco zapoznawać się z wprowadzanymi do przygotowywanego aktu poprawkami.

Pierwszy zgrzyt – nasz nierozgarnięty notariusz umówił na 13 nie tylko nas, ale i tych, co czekają w korytarzu. Naszego Roberta jeszcze nie ma, także musimy odpuścić. :) Nie chcę robić z tego noweli (ale pierwszy akapit mi się chyba udał 😉 ) dlatego w skrócie – 5 minut później (13:08) przyjeżdża Robert – poznajemy się (pierwszy raz się spotykamy) no i zaczynamy rozmawiać o wszystkim i o niczym, kto czym się zajmuje, itp. itd. Na swoją kolej czekaliśmy do 14:30. W między czasie zdążyliśmy opłacić dodatkowy bilet parkingowy.

Sama transakcja była transakcją przedwstępną kupna sprzedaży – Robert musiałby być z żoną, żeby nabyć grunt do ich majątku wspólnego. Takie są przepisy – ponieważ żona za granicą, nie można było zawrzeć umowy K-S. Zrobiliśmy więc myk (zaproponowany przez notariusza), który polegał na spisaniu umowy przedwstępnej K-S, którą jeden wpółmałżonek zawrzeć może (KRO (kodeks rodzinny i opiekuńczy)) bez zgody drugiego na zaklepanie działki, przez zapłatę 100% wysokości ceny (zadatek = cena). Jednocześnie spisaliśmy pełnomocnictwo Darka, który zobowiązał się powierzyć wszystkie czynności związane z kupnem Robertowi. W ostatecznej umowie K-S( max. do 6 mcy od zawarcia umowy przedwstępnej), kiedy żona Roberta wróci z zagranicy, Robert wystąpi jako pełnomocnik Darka (u siebie w rodzinnych stronach, żebyśmy się jeszcze raz nie fatygowali) i wystąpi także jako strona kupująca (razem z żoną). Sprytne? Sprytne.

Problem w tym, że konstrukcja samej umowy była tak słaba – (ale notariusz nie pozwolił mi się wypowiadać – widocznie poczuł się urażony, że ktoś wie lepiej) – była tak słaba, że nie wierzę, żeby jakikolwiek inny notariusz zgodził się zawrzeć realną umowę kupna sprzedaży na podstawie tej przedwstępnej i pełnomocnictwa. Wiele nieścisłości, niejasności – dobry notariusz nie podejmie się takiej roboty.

Sam nie wiem – 200km – tyle z Radomia mamy do domu my, i tyle samo kupujący. Tylko w przeciwnych kierunkach. Notariusz zasugerował, żeby umowę KS robić u niego. Może te umowy były tak zapisane, żeby właśnie przyjechać do niego jeszcze raz? Cóż, Radom raczej do bogatych miast nie należy, a taksa notarialna mała nie jest…

Idźmy dalej. W ciągu spisywania umów 2x biegaliśmy uzupełniać opłatę parkingową. Coś, co powinno trwać góra godzinę trwało godzin 3. No i teraz najważniejsze. Ten drugi monitor, na którym widzieliśmy, co notariusz skrobie u siebie. Kliknięcie, wydruk i głos notariusza: proszę podpisać tu i tu. No i podpisują Darek i Robert, a ja siedzę i patrzę, aż coś mnie tknęło: mogę przeczytać? (Notariusz): „Nie. Nie jest Pan stroną i mogę Pana za chwilę wyprosić jak będzie Pan przeszkadał. ” Bezczelność. Spoglądam na Darka i mówię: „Darku, jak pan notariusz wydrukuje drugą umowę, to przeczytaj i i jedną i drugą zanim cokolwiek jeszcze podpiszesz”. Tak też zrobił. W ślad za nim Robert.

Widzicie, u notariuszy przechodzi dużo różnych wałów. Ktoś może was oszukać, ale możecie zostać oszukani także przez notariusza. Przecież to, że sięgał pod biurko niekoniecznie oznaczało, że wyjmie tą kartkę, która przed chwilą wyszła z drukarki. Może to brzmi jak science fiction, coś nierealnego. Ale uwierzcie, w biznesie musicie rozglądać się zawsze. Nie widać, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem. Długi czas sporządzania umowy może miał tylko nas zwieść, zniecierpliwić, żebyśmy szybciej stamtąd poszli. To nie jest istotne – istotne jest to, że nieważne co Wam ktoś pokazuje na monitorze, jak świetnie opisuje produkt – najważniejsza, NAJWAŻNIEJSZA, jest umowa. I zawsze, nawet jak widzieliście ją setki razy przed doprowadzeniem jakiejkolwiek transakcji do finiszu, przeczytajcie ją od A do Z, sprawdzając czy nikt niczego nie dopisał, nie pominął (co jest ciężej dostrzec), czy przeinaczył. Notariusz także jest zagrożeniem – i czasami niespecjalnie. Czasami po prostu notariusz także może pewnych rzeczy nie wiedzieć (jakkolwiek nieprofesjonalnie to brzmi). Raz zapłaciłem podatek którego płacić nie powinienem, bo byłem zwolniony – i z dokumentów to wynikało. Różnie bywa.

Tutaj na szczęście transakcja była ostatecznie OK. Ale im wyższe kwoty, tym bardziej się rozglądajcie. Czasami możecie podjąć pisemnie decyzję, która wpłynie na CAŁE Wasze życie. Dlatego rozwalają mnie ludzie w programach Uwaga itp., gdzie niby „nie wiedzieli, co podpisują”. Sędzia jest bezlitosny i stwierdza, że nie ma mowy o tym, że się nie wiedziało. Cóż, jeżeli ktoś jest trzeźwy, nie ma żółtych papierów, czyta co podpisuje i wszyscy mówią, na co się pisze – to ciężko jest cokolwiek unieważnić – choćby sprzedawał duszę diabłu. Sam również byłem (ale to była zwykła umowa pisemna) stroną transakcji, której drugiej stronie po pewnym czasie się odwidziało i chciała zrezygnować. Niestety nie było to możliwe więc poszła na policję twierdząc, że ją oszukałem. Kompletnie nie jest to przyjemne. Ile nerwów zjadłem przez tego gościa to głowa mała. Mimo, że rodzina mocno mnie pocieszała, to i tak nieprzyjemnie jest myśleć, że gdzieś tam prokuratura czyta materiał w sprawie. Ale biznes to różne chwyty – jak nie kopnięcie w jaja, groźby, także próba zabrudzenia papierów – trzeba się przyzwyczajać (poczytajcie o akcjach Sowy i przyjaciół w odniesieniu do pana Falenty). Jak grasz ostro, musisz mieć twardą dupę i grubą skórę. Sentymenty kończą się wraz z plikami gotówki, które ktoś komuś daje. To już nie parę(naście) tysięcy zarabiane miesiąc w miesiąc, tutaj nierzadko chodzi o setki tysięcy (co niektórzy tyle zbierają całe życie) jak i dziesiątki milionów złotych.

Podsumowanie tej opowieści jest jedno: zawsze, ZAWSZE, czytajcie ostateczne wersje dokumentów, które podpisujecie. Unikniecie nieprzyjemności. Po drugie, nie bójcie się mówić, że coś jest nie tak. Jeżeli jest coś, czego nie rozumiecie – nie podpisujcie umowy. Coś, co może być niebywałą okazją, może przerodzić się w Wasz koszmar. (Jak na przykład wzięcie spadku po nieznanej cioci : pałacyk za 1 mln zł, i 5 mln zł długu – takie sytuacje się zdarzają). Poczytajcie o dobrodziejstwie inwentarza.

Życzę Wam sukcesów. Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *